I tak w naszych podsumowaniach doszliśmy do ostatniej części cyklu – czyli rzecz jasna do artykułu o Janne Ahonenie. Puchar Świata w sezonie 2004/05 przypadł niewątpliwie skoczkowi, który zasłużył na to jak mało kto – zdobywając go w stylu, właściwie nienotowanym w dotychczasowej jego historii – broniąc tym samym swoje osiągnięcie sprzed roku. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do sezonu 2003/04 triumf Ahonena był bezsprzeczny, nie przyniósł żadnych dyskusji z cyklu "Roar bardziej na to trofeum zasłużył", które pojawiały się w tamtym sezonie. Prześledźmy więc to pasmo sukcesów wielkiego Fina.

1. Janne Ahonen (Finlandia) – 1715 punktów (13/0)

Rozpoczął sezon od miażdżącego triumfu w Kuusamo. Tam skacząc 144,5 i 142 metry zdobył 318,7 punkta – wyższą notę w historii skoczni dużych miał tylko Sven Hannawald (dwa razy w Willingen) – odstawiając drugiego Herra o ponad 43 punkty! Dzień później również nie dał szans rywalom osiągając po dwakroć 143 metry (i też przekraczając znacznie notę 300 punktów). Po tym wyśnionym początku przyszły równie dobre wyniki w Trondheim. Tam, w pierwszym konkursie przewaga nad rywalami nie była aż tak wielka, ale znów wygrał obie serie. Dzień później nie wygrał co prawda żadnej serii (notując trzeci wynik pierwszej, a drugi finałowej), ale cały konkurs zakończył z bezpieczną przewagą 11 punktów nad drugim Hoellwarthem (choć jak pamiętamy, przed próbą prowadzącego po pierwszym skoku Ljoekelsoeya rozszalał się wiatr).

Tak więc cztery konkursy – 400 punktów – to się nazywa piorunujący start! Atak na pobicie rekordu zwycięstw z rzędu został póki co udaremniony w Harrachovie. Tam, jak pamiętamy w pierwszy dzień bardzo miłą niespodziankę sprawił nam nasz Adam – a Janne był "zaledwie" drugi. W drugim konkursie na Fina jednak nie było mocnych – skacząc 140 i 141 metrów wyprzedził Roara o skromne, ale wystarczające 1,5 punktu. Przed Turniejem 4 Skoczni wygrał jeszcze dwa konkursy w Engelbergu – tym razem wyprzedzając rywali (Morgensterna w pierwszym, Jandę w drugim) o odpowiednio 1,1 i 0,4 punkta – czyli właściwie w Engelbergu minimalnie, ale całkowicie zasłużenie wygrał dwa konkursy, a w konsekwencji już na tym etapie miał tyle zwycięstw, co Ljoekelsoey przez cały sezon 2003/04 (a to on, mimo drugiego miejsca w cyklu odniósł ich wtedy najwięcej). Janne więc był murowanym faworytem do zwycięstwa w Turnieju 4 Skoczni.

I rzeczywiście – wygrał go bez najmniejszego problemu. W Oberstdorfie wykazał nadludzką odporność na wiatr i mimo, iż skoczkowie z czołówki partaczyli swe skoki – Janne osiągnął dobre 133,5 metra i nad Ljoekelsoeyem (który jak pamiętamy zawalił skok nr 1) wygrał o niemal 10 punktów. W Garmisch-Partenkirchen skokiem na 124 metry wygrał pierwszą serię, a osiągając 128 metrów (odległość tam rzadko notowana – tylko o 1,5 metra krótsza od rekordu Adama z 2001 roku) przypieczętował swe zwycięstwo. Tu ciekawy przyczynek do stylowości skoków Fina. Otóż, Janne raczej za wybitnie ładnie skaczącego nie uchodzi – nie bez przyczyny – osiągając 5,5 metra lepszy wynik od Thomasa Morgensterna w Ga-Pa, uzyskał gorszą o 0,1 punktu notę – wynika z tego, iż młody Austriak dostał od sędziów aż 10 punktów więcej. Ale od Ahonena oczekujemy skoków raczej bardzo dalekich niż bardzo ładnych – i rzadko doprawdy na nim się możemy zawieść. W Innsbrucku wypaczający drugą serię wiatr wpłynął na Ahonena o tyle, iż skoczył w drugiej serii 120 metrów (w pierwszej osiem metrów dalej) – ale nie wpłynął na szóstą już z kolei wygraną. Tym samym pobity został wreszcie rekord Goldbergera, wyrównany przez Małysza i Hannawalda – nikt nie przypuszczał chyba, iż nowy wyczyn znajdzie swego naśladowcę już w tym sezonie. Przed Bischofshofen zastanawiano się, czy Ahonen jest w stanie wygrać siódmy raz z rzędu i powtórzyć osiągnięcie Hannawalda z sezonu olimpijskiego. Niestety – nie udało się to Jannemu. Przegrał z Martinem Hoellwarthem o 6 punktów, osiągając łącznie tę samą odległość (ach, ten styl). Cały Turniej wygrał jednak już trzeci raz w swej karierze, jako dopiero czwarty zawodnik w ponad 50 letniej jego historii (jak wiadomo Weissflog wygrał cztery razy, a Wirkola i Recknager również trzy).

Po Turnieju w Willingen świetnie skaczący Ahonen zapewnił drużynie drugie miejsce, zaś indywidualnie… Po pierwszej serii był ledwie szósty (skok 135 metrów na tej skoczni wrażenia nie robi). Jednak w drugiej serii pobił niemal mityczny rekord naszego Adama – osiągnął 152 metry (komputer po tym skoku zwariował i pokazał… 155 metrów). Tym samym odniósł już 11 zwycięstwo w sezonie – dorównał Małyszowi i Schmittowi. Praktycznie już walka o Kryształową Kulę była rozstrzygnięta, dlatego Nikunen nie chcąc ryzykować zdrowia swej gwiazdy (cierpiącej na wysoką gorączkę) nie wysłał go do Kulm na loty narciarskie. Jednak kiedy już się pojawił w Titisee-Neustadt wygrał swój dwunasty konkurs! Po pierwszej serii prowadził Morgenstern (który skoczył 3 metry krócej od Jannego), ale w drugiej młody Austriak nie wytrzymał presji. Tak oto Ahonen stał się rekordzistą zwycięstw pucharowych w sezonie. Nie wygrał już więcej zawodów (o puchar świata) w tym roku, więc nie wyśrubował go do granic niemożliwości. Niemniej – osiągnięcie to jest godne podziwu. Co ciekawe, 12 zwycięstw w sezonie 2004/05 to 43 % możliwych konkursów do wygrania. Lepsze osiągnięcia mieli: Andreas Goldberger w sezonie 1994/95 – 48%, Matti Nykaenen w sezonie 1987/88 – 50 % i nade wszystko Adam Małysz w sezonie 2000/01 – kiedy to wygrał 52% wszystkich konkursów. Dwunasta wygrana spowodowała, że presja chyba spadła z Jannego – i na drugi dzień pierwszy raz nie należał do czołowych postaci konkursu zajmując siódme miejsce. W Zakopanem jednak znów skakał bardzo dobrze będąc odpowiednio czwarty i drugi. Przed Mistrzostwami Świata już go nie zobaczyliśmy – nie było go ani w Sapporo ani w Pragelato. Spokojnie trenował i odzyskiwał wciąż nadszarpnięte siły.

Mistrzostwa w Oberstdorfie to niewątpliwy sukces bohatera minionego sezonu. Na K90 był trzeci – w nie do końca obiektywnym konkursie ustąpił Benkovicowi i Jandzie. W drużynie Finowie w ogóle medalu nie zdobyli (o co należałoby w pierwszej kolejności winić starszego z braci Hautamaeki). Za to na K120 było już inaczej. Ahonen wygrał tak jak na początku sezonu obie serie – osiągając 141,5 i 142,5 metra – co należy dodać w bardzo dobrym stylu. W przepięknym konkursie nie dał szans rywalom i drugi raz w swej karierze został indywidualnym mistrzem świata (po ośmiu latach przerwy). W drużynie Finowie tym razem nie zawiedli ustępując tylko Austriakom (choć może by nie ustąpili, gdyby Janne w pierwszej serii nie skoczył… najgorzej ze swej drużyny).

Po Mistrzostwach nie widzieliśmy już Ahonena na podium – bo nie liczymy tu wyniku fińskiej drużyny z Lahti (powtórzyli osiągnięcie z Mistrzostw Świata na skoczni drugiej). Tamte konkursy to okres bezsprzecznej dominacji Mattiego Hautamaeki. W Lahti Ahonen spadł z drugiego miejsca po pierwszej serii na czwarte – i zapewnił sobie już formalnie Kryształową Kulę. W Kuopio miał wyraźnie gorszy dzień i nie zmieścił się nawet w dziesiątce (Ahonen dwunasty – tego się nikt nie spodziewał!) – drugi skok oddając po prostu zły. W Lillehammer prowadził nawet po pierwszej serii – ale w serii finałowej wypadł znowu tuż za "pudło". W Oslo spadł, co wydawało się niemożliwe jeszcze bardziej – bo z miejsca dziewiątego na osiemnaste. Ale przecież Ahonen miał prawo i wręcz musiał być zmęczony sezonem – a po tym co już osiągnął nie mógł mieć nikt do niego pretensji. Ostatnie zawody odbyły się w Planicy – a Janne był tam największym pechowcem. W pierwszym konkursie w pierwszej serii nie skoczył najlepiej (215 metrów), a do tego jeszcze nie ustał skoku – i awansował do drugiej serii z trzydziestego(sic!) miejsca. W drugiej awansował o trzynaście pozycji – gdyby nie upadek spokojnie zająłby ósme lub dziewiąte miejsce. Zaś w konkursie drugim kibice skoków wstrzymali na chwilę oddech. W pierwszej serii osiągnął znakomite 233,5 metra, ale stylem przegrał z Ljoekelsoeyem. W drugiej najpierw Hautameki poszybował na odległość 235,5 metra – i ustał! Potem Romoeren skoczył 239 metrów i ten wspaniały skok również udało mu się zakończyć całkiem niezłym lądowaniem. Przed Jannem skakał Ingebrigtsen – i nie "udało" mu się nie zakończyć skoku upadkiem – a odległość również miał imponującą – 236 metrów, natomiast Ahonen bardzo chciał pokazać, że i w lotach nie ma na niego mocnych. Poleciał na wręcz niebotyczną odległość 240 metrów i niestety nie był w stanie ustać. Ahonen, ze swoim jednak niepewnym lądowaniem na dwie nogi na wypłaszczeniu po prostu nie dał rady. Upadek wyglądał paskudnie, komentator telewizji nawet zastanawiał się czy nie zakończy się to jakąś bardzo poważną kontuzją, ale na szczęście po zaaplikowaniu środków przeciwbólowych wielki Fin wrócił na skocznię by odebrać zasłużoną Kryształową Kulę.

Do wszystkich rekordów, o których powiedziano już wiele dodam jeszcze jeden. Oto Ahonen już dwunasty raz zmieścił się w piętnastce Pucharu Świata – drugi na liście Weissflog był w niej razy jedenaście. A, że Janne był dwanaście razy w niej Z RZĘDU to nadaje temu osiągnięciu dodatkową wagę (dla porównania: Vettori i Nykaenen byli w piętnastce osiem razy z rzędu). Dodam jeszcze, że tylko raz na wspomniane dwanaście nie było go w dziesiątcę (pamiętny sezon 2001/02 z perturbacjami). Wygrywając 30 konkurs awansował na trzecie miejsce na liście wszech czasów. Siódmy raz stanął na podium całego cyklu – co też jest wyczynem bez precedensu. W sumie więc – człowiek rekord. Prawdopodobnie jednak ten stosunkowo młody – 28 letni Fin nie powiedział ostatniego słowa. Poczekajmy więc jeszcze czym nas zaskoczy.

Artykuł dedykowany największej fance Ahonena w redakcji, w Polsce, a i pewnie na świecie – Clio.